Z Simsonem w Pamir... - odcinek 3.






2010-07-02 piątek

Próbujemy dogonić mirmilowego Nissana. W końcu chłopaki stają i czekają na nas w przydrożnym barze.
Cisnąć, cisnąć - to z kolei podstawowa dyrektywa Bartka. Zmienia ją na właściwą, przy pierwszym mandacie.
Po nieudanej próbie sfilmowania negocjacji, co podnosi milicjantom ciśnienie na maksa, płacimy ostatecznie 20$, znaczy płaci Bartek, bo ja z powodu dyrektywy, czujem się zwolniony z tego obowiązku. Uważam to za sukces (wysokość mandatu), bo w terenie zabudowanym lecieliśmy równo 100km/h.
W barze pierwsze reminiscencje przy piwie i kawie. Siedzę zadumany lekko i rzucam hasło, że powinniśmy się spokojnie rozdzielić, co spotyka się z ostrym sprzeciwem ekipy.
Lecimy na Kijów. Generalnie nuda z małym wyjątkiem. Zatrzymujemy się wspólnie na kąpiel, a auta parkujemy pod linią wysokiego napięcia. Od tego momentu tracimy praktycznie łączność na CB. Mamy ją tylko wtedy, kiedy Mirmil jest za mną, ale takie tempo im zdecydowanie nie odpowiada.
O dziwo do Kijowa wjeżdżamy pierwsi, ale potem wbijamy się za bardzo na północ i mirmilowcy muszą na nas czekać, za nim zjedziemy na właściwy trakt. Dochodzi północ (ta inna), kiedy Ela i Rafał decydują się przesiąść do Nissana. Na ten moment Terrano oferuje większy komfort. Jadą we trójkę, więc jest luźniej. Jest klima, więc przyjemniej znosić chwilami nieznośny upał.
Teraz my jedziemy przez chwilę w trójkę, prowadzi Klimas. Robi to bardzo dobrze, więc jestem spokojny, ale i tak nie mogę zasnąć. Po dwóch godzinach jazdy zatrzymuje nas potworny wypadek. Czołowe zderzenie TIR-a z gruzawikiem. Przy zdruzgotanej kabinie leży czarny worek foliowy...
Kontemplujemy ten obraz w małym korku i decydujemy się na nocleg. Mirmil upiera się, by rozbić się gdzieś z dala od drogi. Uważam to za zły pomysł, bo po ciemnicy próżno szukać takiego miejsca. Ale... szukamy. Po półgodzinie nocnego offroadu wracamy, na stację paliw, będącej niemym świadkiem wypadku. Ja śpię w aucie, reszta na glebie.
Rysują się wyraźne stanowiska. Jazda non stop (zaprzęg elwoodowy) i postoje na nocleg, zaprzęg mirmilowy. Oba stanowiska mocno wyartykułowane na etapie planowania, ścierają się teraz, z coraz większą siłą...

7

Kontrola luzów na śrubach. Jest trochę pracy
przy przyczepce. Przy okazji wszyscy myjemy
w stacyjnej toalecie.

8

Dojeżdżamy do Kijowa.

 


9

 

Nie jest lekko, ale humory, jak widać, dopisują… 
Siłą rzeczy odpowiedzialność za utrzymanie
czystości w maszynie przejmuje Ela.
Bartek jest od kierowania, ja jestem
od prowadzenia, Szpilberg od filmowania
i picia piwa, Ela od… całej reszty.

11


Po półgodzinnej jeździe po krzakach w nocy,
wracamy na z góry upatrzone pozycje.
Pierwszy raz na tej wyprawie rozbijamy
się wspólnie.

 

 

 

 



2010-07-03 sobota

Parę minut po 6-tej pobudka. Czas tylko na umycie zębów. Ja dodatkowo muszę zawsze opłukać w zimnej wodzie twarz. Ta druga czynność, często na wycieczkach jest moim substytutem mycia w ogóle.
Tega dnia szczególnie nie mam w pamięci, poza:
- klasycznym straganem z rybami i darami lasu,
- tankowaniem u gościa skupującego diesla od kierowców ciężarówek,
- zerwaniem paska wspomagania ukł. kierowniczego,
- szukaniem przejścia granicznego,
- w końcu, pierwszej porządnej odprawy z wyjebaniem wszystkiego na graniczny beton.

12

Mirmil nie pije alkoholu. Nie można go tez
spożywać w jego samochodzie pod żadna
postacią w trakcie jazdy. Takie ma zasady.
gość, znaczy.

 

13

Po drodze w kierunku granicy mijamy popularne tu przydrożne
kramy z suszonymi rybami, marynowanymi
grzybkami, miodem, syropem z limby (?)
i różnymi takimi.


14

Rzadki to widok, byśmy parkowali
obok siebie. Raz u Mirka klapa w górę…

15

raz u mnie. Pierwsza awaria. Zerwany pasek
od wspomagania kierownicy (nófka!). Tankuję
saliarkę na dziko i zaraz potem stary pasek.

Po północy docieramy na przejście graniczne Siewiernyj - Donietsk. Kluczymy w Krasnodonie, ale młodzież na bienzozaprawce wskazuje właściwy kierunek. Tuż przed granicą gubimy drogę, bo na razwidce skręcamy w prawo a powinniśmy w lewo. Nie przyszło nam po prostu do głowy, że ta "lewa" polna, dziurawa, bez grama asfaltu droga, prowadzi nas w objęcia imperium.
Z Ukraińcami poszło gładko. Chcieli jakieś 40E od maszyny, ale skończyło się na kilku smyczach i latarkach... Po prostu dno. Rosjanie, to inna bajka. Jakbyśmy wrócili do Europy. Powrót oznaczał wybebeszenie całego szpeju z wozów i przyczepki. Poza tym pełna kultura. Najbardziej przejęci byli beczką pełną medykamentów. Powinniśmy mieć ich listę, ale nie mamy. Całość operacji osładza cudnej urody blondyneczka, rosyjska celniczka. Wszyscy są bardzo mili przez jakieś trzy godziny. Tyle bowiem zajmuje odprawa. Wandzia ze Szpilbergiem pakuje majdan w naszym wozie. Bartek walczy z lekami, ja z papierami i tak zleciało do czwartej.
Przed świtem podnoszą nam szlaban i wjeżdżamy do Imperium. Dla mnie kończy się wycieczka, a zaczyna wyprawa, prawdziwa przygoda...




2010-07-5 niedziela

Wschód słońca łapie nas przed Kamieniem Szachtyńskim. Kolejna sesja filmowa. No, nie dziwie się, bo scenaria, jak się patrzy. Super wejście miał Klimas, goniący za autem, w jednej ręcę dzierżąc opadające portki, a w drugiej papier toaletowy...
...A ja czuję się, jak w domu. Ten kraj i ludzie silnie na mnie oddziaływują. Oddziaływują od lat. Wszystkiemu winna moja mama. Pracownik naukowy UG, rusycystka. W domu nawet dowcipy opowiadała po rosyjsku.
Taki to był czas, że mówienie po rosyjsku nie było w dobrym tonie, a i zawód wykonywany przez mamę w głębokim poważaniu był. Budził ten język we mnie jednak jakieś dziwne uczucie... Żal, tęsknotę, pamięć o czymś. Śpiew zaś głęboką nostalgię...

 

18

Wschód słońca kierunek właściwy.

 

 

 

 

 

 

 



19

Wschód słońca kierunek niewłaściwy. Nie winien wschód
słońca, jeno Bartek, którego sceneria (znaczy wschodu)
zauroczyła i kazał filmować. Talentem aktorskim błysnął
tu Klimas wchodząc w pewnym momencie w kadr kamery,
wynurzając się z krzaków z gołym tyłkiem i papierem
toaletowym w ręku. Kierownictwo było zniesmaczone
„zepsutym” kadrem, w przeciwieństwie do pozostałych
uczestników, którzy kazali serwować powtórki domagając
się wprowadzenia tej sceny, jako ramówki dla
każdej
kolejnej sesji...

20

To, zdaje się coś atomowego.

21

Tak przynajmniej twierdził Bartek. Bartek na
tle maków czerwonych i łanów pszenicy.



Rankiem wjeżdżamy do Kamienia Szachtyńskiego. Nie mamy rubli, a jest niedziela. Nie mamy paliwa, mamy więc problem. Dobrzy ludzie podpowiadają, że walutę wymienimy jedynie na targu, bo banki w niedzielę nie rabotają.
Na targu jestem parę minut po siódmej. Walutę da się wymienić, owszem, ale trzeba poczekac na koników. Prace rozpoczynają przed 10-tą...
Pozostaje cierpliwie czekać i przyglądać się ludziom. Generalnie padamy z nóg, więc rozglądamy się za jakimś barem. Żywo interesuje sie nami pani sprzedajaca papierosy i podobne pierdoły. Prowadzi nas do baru, znaczy mnie, Klimasa, Szpilberga i Wandzię. Bar żywcem wyjęty z artystycznej dzielnicy Paryża, do tego dla Paliaków kawa gratis!
Piejmy tę kawę a Szpilberg na zmianę z Wandzią walą czołami o blat. O 9.30 zjawiają się waluciarze. Kurs ok, więc zadowoleni wymieniamy dolary na ruble i korzystając z miejsca, robimy zakupy.

22

Czekamy w Kamieniu na koników. Ela wolała
na kamieniu.

23

Czekamy i przyglądamy się.


24

Przyglądamy się.

 

 


25

Sobie też, pijąc darmową kawę. Wszyscy są tu pod wrażeniem tragedii smoleńskiej. Co rusz odczuwamy tego dowody sympatii a minęły dokładnie trzy miesiące od katastrofy. Nikt tu nie politykuje. Ludzie po prostu szczerze współczują… To są. wzruszające chwile.

26

A może to jednak nie kawa?

27

No i przyszli koniki.

 


Droga na Wołgograd jest równa jak stół. Za kierownicą zmienia mnie... Wandzia, jako pierwsza, bo wydaje się być najbardziej wyspana, albo raczej, najmniej niewyspana. Trochę szarpie, ale te kilka godzin w niebycie pozwala odzyskać mi świeżość.
Zachowujemy się, jak ludzie pierwotni. Krótkie drzemki i czuwanie. Te niewygody powoli nas zbliżają. Wandzia, ze względu na dolegliwości kręgosłupa zdecydowanie wybiera jazdę... Elwoodem. Jest dłuższy od Nissana i ma zdecydowanie większe koła, co przekłada sie na większy komfort jazdy, zwłaszca na nierównościach.
Zaczyna doskwierać sukcesywnie wzrastająca temperatura. Równolegle rozjeżdżają się koncepcje na dalszą podróż. Nie jestem wstanie utrzymać tempa Mirmila. Mamy różne strategie. Sukcesywnie rośnie napięcie, głównie w załodze Mirka, który upiera się przy zadeklarowanym wcześniej stylu jazdy.

28-1

A my uparcie na wschód

 



28

Krajobraz się przerzedza. Bardziej „bujna” roślinność porasta tylko pasy po bokach jezdni. Zatrzymują piasek nawiewany latem, a zimą śnieg.


30

Jedziemy wzdłuż Wołgi, wszędzie więc można dostać suszone ryby. Kupuję pęczek za 150 rubli, ale taniej wyszłoby żuć gumę wycieraczki.

31

Asfalt pierwsza klasa. Pojazdy też. Z naprzeciwka nadjeżdża biała Wołga w wersji Lux, przed nami Ził cysterna. Zrobiło się też trochę zielono.

32

Jest ciasno, więc Ela robi wszystko, by było jak najwięcej miejsca dla… niej. Szpilberg, to urodzony dżentelmen i wszystko znosi z pokorą.

33

Ale gdy tylko Ela przysnęła (zawsze gotowa, by spełnić się reportersko) wyszło szydło ze szpilbergowego wora…



 


Późnym popołudniem przejmuję inicjatywę i wybieram miejsce na nocleg. Musimy odreagować, a okolica ku temu sprzyja, oferując fantastyczny biwak nad Wołgą. Malowniczym wąwozem zjeżdżamy w dolinę największej rzeki Europy.
Kąpiel nas odświeża, piwo przywraca dobry humor. Przy ognisku ogłaszam wszem i wobec, że bez względu na dotychczasowe stanowisko musimy się rozdzielić. Argumenty typu, że "my alpiniści nikogo nie zostawiamy" zbijam krótko.
- Druzja, to nie góry, a ja jestem odpowiedzialny za transport, tak?
- Tak.
- Więc od jutra jedziemy, każda załoga we własnym tempie. Obliguje nas termin dojazdu do Duszanbe i nic więcej. Zdajcie się na moje i Mirka doświadczenie. Mirek jest tego samego zdania, co ja. Co prawda nie jechałem jeszcze przez Uzbekistan, ale po tych drogach natlukłem ponad 30 000km i wiem, co mówię.
- A co w przypadku awarii?
- Będziemy sobie radzić. Awarie to sól każdej wyprawy. W przypadku poważniejszej każda załoga musi liczyć na siebie.
- Przecież nie można zostawić kumpli na drodze!!
- Jak najbardziej można, a nawet... trzeba! Tylko rosyjska wiza daje szersze pole manewru, pozostałe są terminowe i ewentualne wspólne kiblowanie, to pożegnanie się z głównym celem waszej wyprawy.
Skoro zrobiliście mnie odpowiedzialnym za transport i przyjęliśmy wczoraj, że nie kwestionujemy decyzji szefów swoich działek, ja podejmuję taką decyzję!

Argumenty obu stron zostały przyjęte i przyklepane przez Bartka (kierownika wyprawy) i Kierza (kierownika sportowego).
Atmosfera bardzo się rozluźniła. Po raz pierwszy gitara poszła w ruch. Oddałem pudło Szpilbergowi i poszedłem się przejść.
Wdrapałem się na górkę u stóp wąwozu i patrząc na falujący księżyc odbijający się w Wołdze, błądziłem myślami za Mickiewiczem, gdzieś daleko, daleko...

37

Offroad nad Wołgą.

38

No i pierwszy klasyczny piwak nad Wołgą.

39

Troszkę pokropiło przy okazji…


40

ale i tak zażyliśmy kąpieli wszyscy.

42

Miejscówka… super

43

Przy ognisku przełamały się ostatnie lody. Jutro rozdzielamy się.

 


Wpłynąłem na suchego przestwór oceanu,
Wóz nurza się w zieloność i jak łódka brodzi;
Śród fali łąk szumiących, śród kwiatów powodzi,
Omijam koralowe ostrowy burzanu.

Już mrok zapada, nigdzie drogi ni kurchanu,
Patrzę w niebo, gwiazd szukam, przewodniczek łodzi;
Tam z dala błyszczy obłok? tam jutrzenka wschodzi?
To błyszczy Dniestr, to wzeszła lampa Akermanu.

Stójmy! - jak cicho! - słyszę ciągnące żurawie,
Których by nie dościgły źrenice sokoła;
Słyszę, kędy się motyl kołysa na trawie,

Kędy wąż śliską piersią dotyka się zioła.
W takiej ciszy! - tak ucho natężam ciekawie,

Że słyszałbym głos z Litwy. - Jedźmy, nikt nie woła.



Tekst: Darek 'Elwood' Czapko


<< poprzedni odcinek

Sobie też, pijąc darmową kawę. Wszyscy są tu pod wrażeniem tragedii smoleńskiej. Co rusz odczuwamy tego dowody sympatii a minęły dokładnie trzy miesiące od katastrofy. Nikt tu nie politykuje. Ludzie po prostu szczerze współczują… To są. wzruszające chwile.