Z Simsonem w Pamir... - odcinek 4.





2010-07-05 poniedziałek

Oooo... ten dzień był pełen wrażeń! Właściwie nie... Używam niewłaściwej miary czasu. Kto się naoglądał Wojny Domowej ten wie, że czas ma różne oblicza:
 


Tak mi źle, tak mi źle, tak mi szaro
każdy dzień, ciągnie się jak makaron...

Oj kurwa. Co to był za dzień, a ciągnął się...

 

1

Rozpoczął się od manifestacji siły na stacji paliw.

2

Potem już tylko jeden właściwy kierunek.

3

Znaczy „tamoj”.

4


Za Astrachaniem czeka nas płatny most pontonowy. Mimo, że do geograficznej granicy między Europą i Azją jest jeszcze spory kawałek na wschód, to dla mnie właśnie tutaj można śmiało oddzielić oba kontynenty.


5
Za mostem taka pikna w sowieckim stylu chatka.


Natężenie spożycia prądu w sieci zmalało na tyle, że zdołałem uruchomić odbiornik. Co tam pisałem wcześniej?
Że dzień się ciągnął? Ano tak. Każdy, kto przekraczał granice pachnące orientem wie, co to ciągnący się czas. Akuratnie w naszym przypadku nie ciągnął się, a… zapierdalał o dziwo!
Pierwszy raz byłem na tym przejściu i procedury szły gładko, do tego stopnia, że nie pamiętam, czy trwało to godzinę, czy trzy.
Pamiętam negocjacje z Kazachami dotyczące najsampierw kosztów za wypełnianie kwitów, drugim razem za ubezpieczenie maszyn. Te kazachskie pedały, kiedy im nie zapłacisz za wypełnienie czegoś tam, zaraz się usztywniają i zamykają przybytek. Idzie o 150 rubli, więc ze względu na ekipę nie ma sensu droczyć się pół dnia, tym bardziej, że jest dzień i nie ma cienia. Jest kurwa niemożebnie gorąco.
Normalnie to bym koczował, nawet dla tych 15zł. Dla zasady, bo jak się je ma, to należy je przestrzegać. Ludzie bez zasad, to dno moralne.
Miałem kiedyś taki krótki dyskurs z kolesiem z napęczniałym portfelem, który mi tłumaczył, że szkoda na takie pierdoły czasu. Jasne, że szkoda, dlatego dyskurs był krótki.
Potem już była przestrzeń...

6

Po kilkunastu km granica, a tuż za nią pierwszy wywiad już na kazachskiej ziemi, a ona sama…

7

o taka.

8

Zapachniało orientem.

9


O czym ja myślę…?


A no, trudno powiedzieć…

Droga prosta, równo jak stół. Połykamy kilometry, prowadząc na zmianę ze Szpilbergiem.

Gdzieś w środku nocy, coś chrobotnęło i straciliśmy trakcję. Podsiadłem Rafała, wrzucam jedynkę a Elwood jak na neutralu… Czyżby się zjebał reduktor?

Wychodzę na zewnątrz i patrzę po kolei na piasty tylnego mostu. Po stronie kierowcy ok. Po stronie pasażera wszystkie szpilki równiutko ścięte!

Kurwa jego mać. Ten pośpiech nas kiedyś zabije (tak luźno rzucona uwaga w oderwaniu od tematu). Nie było kiedy się położyć i obejrzeć śruby. Ale Bóg mi świadkiem, że i tak na piasty bym nie spojrzał! Od wielu kilometrów towarzyszyła nam tarka i to jej wina ( i moja). Może jeszcze niewklejonych nakrętek, ale teraz to nie istotne. Kontaktujemy się z drugą załogą (na szczęście jest zasięg) i informujemy o problemie. Do Atyrau mamy jakieś 50km więc do cywilizacji nie daleko. Mirmil zawraca, żeby nas holować ale ja w międzyczasie zapinam przód i ruszam na przednim napędzie. Wysyłamy „mirmilom” sms-a, że dojedziemy sami.

Niestety sms nie dochodzi i po drodze mijamy się z Nissanem. Jest ciemno jak w dupie i nie rozpoznajemy się mało co widząc w świetle reflektorów.

Stajemy na rogatkach Atyrau na stacji paliw i czekamy na kolegów. W międzyczasie kontaktuje się z Traskiem i sms-em dostaję zwięzłą instrukcję. Z przednich piast wykręcić po trzy szpilki i będzie komplet na tył.

Dojeżdża Mirmil. Klimas i Kierzu nie szczędzą słów krytyki. W takiej chwili opierdalać za brak łączności i „samowolną” decyzję dalszej jazdy nie wydaje mi się stosownym. Nie wiem, co powiedzieć, więc zabieram się do wykręcenia ściętych szpilek. Niestety nie jest to takie proste. Ostatecznie decydujemy się rozbić tuż obok stacji, między jakąś przemysłową infrastrukturą. Kierzu dostaje namiary od swojej kobity na polską misję katolicką i to jest dobry trop.



2010-07-06 wtorek

Wstajemy po 6-tej. Czuję się, jak zbity pies ale atmosfera jest zupełnie inna od tej sprzed godzin kilku. Namiar jest ok. Dzwonimy i umawiamy się około 10-tej na stacji paliw. Ksiądz z polskiej misji katolickiej w Atyrau pilotuje nas z niej do polskiego kościoła. Przy okazji dowiadujemy się, że mamy nowego prezydenta, a tu obecny obchodzi urodziny i z tego tytułu są trzy dni wolne od pracy. Nie jest to dobra wiadomość, bo przy okazji obowiązuje tej pracy… zakaz!

10

Powód zmartwień.

11

Pobudka i krótka narada. Kontakt z misją nawiązany. Jesteśmy uratowani!


Jak to w nieszczęściu bywa, twój upadek może być dla kogoś radosną nowiną. Niewątpliwie taką była nasza niespodziewana wizyta na parafii. A więc tak to sobie zaplanowali na górze?
Pokrzepiony tą myślą i przy wydatnej pomocy Biskupa Janusza udało sie poskładać do kupy to, co do tej kupy poskładane być miało.
Mimo święta narodowego z okazji urodzin prezydent i tych trzech dni wolnych od pracy, zaprzyjaźniony warsztat pracował. Jedynym problemem, tak naprawdę, było usunięcie ściętych szpilek z korpusu piasty. Do tej czynności potrzebna była wiertarka, by delikatnie rozwiercić końcówkę szpilki, by osadzić w niej krzyżakowy śrubokręt.

Pozostała część ekipy wykorzystała wolny czas na odpoczynek, gmeranie w misyjnym internecie i ogólne porządki. Ja wykorzystałem net do konsultacji z Traskiem.
Przy okazji wyszedł jeszcze jeden feler. Na tarce rozpięło się gniazdo z wtyczką od zasilania przyczepki w prąd i ta druga również się starła w pył, na resztkach kazachskiego asfaltu.
Tematem zajął się Klimas i po dwóch godzinach walki z szukaniem prądu i spalenia prawie całego zapasu bezpieczników połączył właściwe końcówki kabli ze sobą. W ten sposób przyczepka został zintegrowana z Elwoodem na stałe.

Cała operacja zajęła niecałą godzinę. Z przednich piast wykręcone zostały szpilki (po trzy z każdej) i znalazły nowe miejsce w tylnej piaście. Braki uzupełnione zostały nabytymi na mieście śrubami. Poszukiwanie tych śrub było najtrudniejszym zadaniem i zajęło całe pół muzułmańskiego dnia a zwłaszcza uszczelnienia półosi, które przy okazji awarii zostało zmielone w pył.
O 16-tej wyjechałem z warsztatu. Właściciel skasował mnie nie po bożemu, bo mnie się tenge z rublami pomieszały, znaczy przelicznik i miast 50$ wyszło mi ich 80. Ale ch... Maszyna była sprawna.

Przy wspólnym obiedzie Biskup Janusz podsumował i spuentował zaistniałą sytuację. Naprawdę było miło.

12

Polska misja katolicka w Atyrau

13

Nie planowany odpoczynek.

14

Wspólny posiłek. Biskup Janusz uświadamia nas, że to droga jest celem.

Jak widać, słuchaliśmy go z otwartymi buziami.

15

Był czas na zabiegi medialne, telekonferencję z Traskiem i…

16

naprawy. Klimas podjął się przywrócić zasilanie przyczepce i spalić wszystkie bezpieczniki.

Oba zadania wykonał z powodzeniem…

17

Kontrola stanu posiadania ujawniła wyciek smalcu ze skwarkami.

- Na ch… ci tyle smalcu?! (miałem go blisko 5kg).

- Jeszcze go docenicie! (i tak było…!)



18

Na koniec pożegnalna fotka z członkami misji.


Pierwsza wystartowała załoga Mirmila. W jej skład ostatecznie weszli Klimas i Kierzu. My, czyli ja, Wandzia, Szpilberg i Bartolini ruszyliśmy o zmierzchu.
Przed nami już tylko step, granica z Uzbekistanem i pustynia Kara Kum...



<< poprzedni odcinek

następny odcinek >>